czwartek, grudzień 10

Peace człowieku

    Czterdziesty czwarty prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki odebrał dziś pokojową nagrodę Nobla. O tym, że niesłusznie nie ma nawet co pisać. Tylko przypomnę, że w 2003 roku USA wkroczyło do Iraku pod pretekstem powstrzymania terroryzmu i trwających prac nad iracką bronią biologiczną. Terrorysty Osamy bin Ladena nie udało się złapać, a raport o istnieniu broni biologicznej okazał się być o kant dupy... Wybrany na początku 2009 roku afro-amerykanin (co do drugiego członu, niektórzy nadal mają pewne wątpliwości) Barack Obama dostał pokojową nagrodę Nobla za niewycofanie wojsk z Iraku (obiecywał co innego), za wspaniałe posunięcia w Afganistanie (tak wspaniałe, że i my tam jedziemy!), za absolutny rekord od 1964 roku - już 49% Amerykanów (o 3,9% mniej niż wynik Baracka w wyborach prezydenckich) ma dość bycia obywatelami państwa, które gra rolę światowego policjanta (gra rolę jest tu zwrotem kluczowym). Ta zabawa rzutuje w dużej mierze na stan budżetu i dług publiczny i, mówię to śmiejąc się pod nosem (może to przez gorączkę), przypomina nieco podejście do finansów publicznych w naszym kraju. Oczywiście, my nie mamy takich możliwości jak Stany. Obama własnie po to udał się z wizytą do Chin, gdzie laureat pokojowej nagrody nobla nie pouczał nikogo, nie wspominał nic o wolności słowa, prawach człowieka czy demokracji. Jak się jedzie świecić oczami i upewniać, że amerykański dług publiczny nadal będzie finansowany przez skośnookich to o głupotach się nie wspomina. Powiem więcej, bo Obama w swym dzisiejszym przemówieniu najwyraźniej zapomniał. Kandydat młodych i zbawca narodu nie spotkał się z Dalajlamą przed wizytą w Pekinie. Think-tanki dyplomacji USA wybrnęły z sytuacji gładko - oficjalnie wizytę przełożono na grudzień, bo Baracka nie interesują puste gesty i chce przyjrzeć się sprawie Tybetu bliżej. Nieoficjalnie: Baracka nie interesuje Tybet. Mnie też nie zresztą, tylko ja piszę to otwarcie. Niektórzy prezydenci w stanach mają z tym problem - "paliłem ale się nie zaciągałem" (Clinton tak by the way też był demokratą), etc.

    Na koniec wypada pogratulować półtoramilionowej nagrody w dolarach. Kto tego nie zrobił niech nie czeka. Fundacja Nobla musiała wydać siedemnaście i pół miliona dolarów na tegoroczną uroczystość przyjęcia prezydenta Stanów i wręczenia mu nagrody. Tak duża kwota w połączeniu z kilkoma nietrafionymi inwestycjami  zmusiły fundację do szukania oszczędności. Jak to z fundacjami bywa, na pierwszy ogień pójdą pieniężne nagrody dla noblistów, przyznawane w przyszłym roku. Jak widać, zmiana - słowo-klucz w kampanii wyborczej Obamy pojawia się w coraz to nowych odsłonach.

P.S: Ciekawscy niech pogooglują o limuzynie, ekologicznych normach w norwegii i ile kosztowała przejażdżka po nobla.

0 komentarze:

Prześlij komentarz